![]() |
|
strona główna | plan wyprawy | relacja | informacje praktyczne | zdjęcia | o nas | księga gości | forum | szukaj |
|
|
Początek wyprawy to podróż pociągiem z Bolesławca do Przemyśla (600 km). Wyruszyliśmy o 8:30 rano i po 12 godzinach byliśmy na miejscu. Czas podróży wykorzystaliśmy na czytanie przewodników, które udało nam się kupić dopiero dzień przed wyjazdem. W Przemyślu zakupiliśmy dwa bilety do Suczawy za 140 zł (na które mieliśmy rezerwację!), zjedliśmy pizzę i przenocowaliśmy w schronisku PTSM. Pokój był dość skromny, ale też niedrogi (20 zł od osoby w dwójce). Drugi dzień podróży rozpoczął się bardzo wczesną pobudką. Udając się na dworzec PKS (20 minut marszu) zrobiliśmy szybkie zakupy na drogę. Na dworcu dołączyliśmy do grupki osób oczekujących przed podstawionym już autobusem, którym okazała się stara Scania kategorii III. Autobus wyjechał z półgodzinnym opóźnieniem o 8 rano, a do Suczawy dotarł około godziny 22:00, czyli przed planem. Pomijając sprawę z dziwnymi paczkami pana kierowcy, podróż minęła bez większych przygód - nawet obie granice przekroczyliśmy dość szybko i sprawnie. Współpasażerami okazali się w większości młodzi Polacy. Dla niektórych z nich autobus ten był początkiem podróży do Turcji i dalej, w głąb Azji. Wspomniane paczki - małe, jednakże niezwykle ciężkie, kartony - rozmieszczone były w całym autobusie. Najbardziej uciążliwe były te pod siedzeniami, gdyż skutecznie zmniejszały przestrzeń na nogi. Tuż przed granicą ukraińsko-rumuńską autobus zjechał z głównej drogi i zatrzymał się przy jakimś garażu. Tam czekali już rośli mężczyźni, którzy po wyproszeniu pasażerów z autobusu, wraz z kierowcą zaczęli wynosić tajemnicze paczki i składać je w garażu. My, czyli pasażerowie, w tym czasie mogliśmy albo podziwiać ich siłę, zręczność i szybkość, albo iść umyć sobie ręce w pobliskim domu. Z dworca autobusowego w Suczawie taksówką, czyli jak przystało - starą dacią, za 50 000 lei (6 złotych) pojechaliśmy do hotelu Socim. Hotel okazał się faktycznie najtańszy w mieście, a w dodatku oferował całkiem przyzwoite warunki. Za dwójkę z łazienką zapłaciliśmy 300 000 lei (9$). Niestety, ponieważ było już za późno na ciepłą wodę, dzień zakończył się wymarzonym, aczkolwiek zimnym prysznicem. Wstaliśmy bardzo wcześnie i już o 8:30 (7:30 naszego czasu) opuściliśmy hotel. Musieliśmy dostać się jakoś do centrum, sprawdzić rozkłady jazdy autobusów i pociągów. Chwilę póśniej po raz pierwszy skorzystaliśmy z usług MaxiTaxi (7000 lei od osoby), czyli busów zastępujących publiczne środki transportu. Zwiedzanie zaczęliśmy od monastyru św. Jana Nowego. Cerkiew zrobiła na nas duże wrażenie - zarówno jej architektura, jak i klimat nabożeństwa panujący wewnątrz. W Suczawie zwiedziliśmy jeszcze dwie cerkwie: maluteńką ze ścianami zupełnie czarnymi od dymu świec i poważną, całkowicie odrestaurowaną cerkiew z malowidłami i grobowcem wewnątrz. Z Suczawy wyruszyliśmy autobusem kat. IV do Falticeni. Tam, z powodu braku autobusów, skorzystaliśmy po raz pierwszy z okazji. W siedem osób, w upale, w starej daci dotarliśmy do Baia, czyli dawnej stolicy Mołdawii. Tam obejrzeliśmy, niestety tylko z zewnątrz, Białą Cerkiew. Wśród furmanek zwożących siano z pól i galopujących mężczyzn w rozwianych białych koszulach ruszyliśmy na piechotę do monastyru w Rasca. Okazało się jednak, że pokonanie drogi prowadzącej przez łąki i lasy grozi zabłądzeniem. Z pomocą przyszła nam pewna pani, która towarzyszyła nam trochę, a następnie zatrzymała przejeżdżającą furmankę i umówiła się z woźnicą, że nas podwiezie. Tak też resztę drogi, włącznie z przekroczeniem rzeki Mołdawii, pokonaliśmy na podskakującym wozie próbując bez większych skutków konwersować we wszystkich znanych nam językach z wiozącym nas panem. Niestety, chyba jednak nie zostaliśmy dobrze zrozumiani, bo wprawdzie z miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, do wioski i monastyru było już blisko, jednak nie była nią Rasca. Musieliśmy więc pokonać pieszo kilka kilometrów do skrzyżowania i stamtąd okazją dojechać do celu. Całe szczęście monastyr w Rasca okazał się wart wszelkich trudów związanych z dotarciem do niego. Nasza cała długa wędrówka w jednej chwili nabrała sensu. Wewnątrz panował półmrok, otaczał śpiew i szepty. Na zewnątrz natomiast zachwycała feeria barw na południowej ścianie cerkwi i przepięknych kwiatkach przed nią. Drogę powrotną pokonaliśmy okazjami w trzech etapach. Najpierw kierowca, który mówił po hiszpańsku, francusku i angielsku podrzucił nas do skrzyżowania z główną drogą - strada principali (nie wziął od nas pieniędzy), następnie dotarliśmy do Falticeni, a stamtąd już do Suczawy. Tym razem w hotelu byliśmy na czas i mogliśmy cieszyć się gorącym prysznicem. Dzień 4. (niedziela, 31.08.2003) Znów byliśmy bardzo dzielni i wstaliśmy wcześnie. Tego dnia wyruszyliśmy już z plecakami w głąb Bukowiny. Pierwszym celem było dotarcie do Gura Humorului, a to wiązało się z jazdą pociągiem. Ani kupowanie biletów (25 000 lei od osoby), ani sam pociąg nie okazały się takie straszne. Niestety wysiedliśmy na złej stacji (choć jej nazwą była właśnie Gura Humorului) i do samej miejscowości musieliśmy dojść 5 kilometrów, a potem kolejne 5 do monastyru Voronet. Monastyr Voronet jest najbardziej obleganym przez turystów klasztorem. Tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z Taksą Foto, czyli opłatą (7 zł!) za robienie zdjęć. Ponieważ byliśmy zmęczeni długim marszem w słońcu, drogę powrotną do centrum przebyliśmy okazją (znów za darmo i oczywiście dacią!). Ponieważ poprawił nam się humor, do klasztoru Humor postanowiliśmy się przejść (5 km). Po drodze porozmawialiśmy z pewną parą (Amerykanką i Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia) o urokach Bukowiny. W monastyrze Humor zatrzymaliśmy się na dłużej. W spokoju zwiedziliśmy cerkiew, obejrzeliśmy malowidła oraz wdrapaliśmy się na wieżę, z której roztacza się widok na pobliskie wzgórza. Kolejnym celem był Dom Polski w Nowym Sołońcu, gdzie zamierzaliśmy przenocować. Ponieważ byliśmy już zmęczeni, postanowiliśmy spróbować złapać okazję. Niestety, okazało się, że niedzielny wieczór nie jest ku temu odpowiednią porą. Wkrótce przekonaliśmy się, że za wsią Humor, wbrew naszej mapie, kończy się droga asfaltowa, a polska wieś Plesza, przez która wiodła nasza droga, położona jest na wzgórzu i aby przejść do Nowego Sołońca, trzeba najpierw się na nie wdrapać, a później zejść na dół. Okolica polskich wsi jest bardzo malownicza i dlatego postanowiliśmy kontynuować pieszą wędrówkę. Do Nowego Sołońca dotarliśmy wieczorem. W jednej z knajp przy piwie z mieszkańcami zaczekaliśmy na pana Longiera, który zarządza Domem Polskim. W Domu Polskim poznaliśmy autora naszego przewodnika i jego znajomych. Dzień zakończył się o 4 rano po opróżnieniu wielu butelek najlepszego (sic!) mołdawskiego wina - Cotnari. Dzień 5. (poniedziałek, 1.09.2003) Na ten dzień przewidywaliśmy zwiedzenie dwóch monastyrów: Suczewicy i Putna. Jednakże wypadki potoczyły się inaczej. Po śniadaniu i pożegnaniu ludzi z Domu Polskiego udaliśmy się w stronę drogi głównej, gdzie złapaliśmy pierwszą okazję. Pan był bardzo miły i nie chciał od nas zapłaty. Do monastyru w Suczewicy zostało jednak ponad 5 kilometrów, a ponieważ po poprzednim wieczorze nie byliśmy w formie, pozostało nam zatrzymanie kolejnego samochodu. Po raz pierwszy tak długo łapaliśmy okazję ś ponad godzinę. Ale w końcu się udało. W samochodzie (daci, oczywiście!) jechało dwóch mężczyzn. Pan kierowca mówił po francusku, więc zaczęła się rozmowa (prowadzona przez Alę), w której opowiedzieliśmy kim jesteśmy, jakie mamy plany na dzisiaj i jutro i w ogóle. Zbliżaliśmy się już do monastyru kiedy pan kierowca stwierdził, że ma pomysł. Powiedział, że jedzie do swojego domku letniskowego przez Modlowicę, więc może nas tam zawieść, a jak będzie wracał, to nas stamtąd zabierze do Suczewicy. Wprawdzie zwiedzanie Moldowicy zaplanowaliśmy na dzień następny, ale takiej okazji nie mogliśmy przegapić. W czasie krętej drogi pokonaliśmy szczyt (1541 m. n.p.m.) góry i podziwialiśmy niezwykle malownicze górskie widoki. Niestety, także duża ilość wypitego wina zaczęła dawać o sobie znać, więc końcówkę drogi przejechaliśmy patrząc prosto przed siebie :) W monastyrze Moldowica w końcu przemyciliśmy aparat i zrobiliśmy pierwsze zdjęcia malowanego klasztoru. Po 1,5 godziny znów mknęliśmy krętą górską drogą. Na szczycie zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym z pomnikiem na cześć budowniczych tej drogi i pan kierowca po kolei wskazywał pasma górskie i mówił ich nazwy. Kiedy zbliżaliśmy się do monastyru Suczewica, pan stwierdził, że ma kolejny pomysł: zabierze nas teraz do Putnej, a póśniej wrócimy do Suczewicy! Chyba nas polubił. Tak więc minęliśmy klasztor w Suczewicy i pojechaliśmy dalej do Putnej. Ten klasztor nie ma malowanej cerkwi, ale jest także wart zobaczenia (uwaga: nie ma biletów wstępu, ale jest... taxa foto!). Następnie wróciliśmy do monastyru w Suczewicy, który podobał nam się najbardziej ze wszystkich. Ponieważ zobaczyliśmy już wszystkie zaplanowane (na 2 dni!) klasztory, poprosiliśmy Pana, żeby zabrał nas na dworzec kolejowy w Rădăuţi (Radowce), gdzie mieszkał. Chcieliśmy stamtąd pojechać do Suczawy, skąd o 22 odjeżdżał pociąg w kierunku Simerii (w Transylwanii). Oczywiście pan się zgodził, tyle że... zabrać nas na dworzec w Suczawie. Na dworcu Suceava-Nord byliśmy o godzinie 20. Z panem kierowcą i jego kolegą jeździliśmy od godziny 12. i w tym czasie przejechaliśmy około 200 kilometrów. Zjedliśmy kolację, kupiliśmy bilety i o 22. wsiedliśmy do acceleratu jadącego do Timiszoary. W Simerii wysiedliśmy o 8:30 rano. Najbliższy pociąg do Hunedoary był dopiero o 10:10, a autobusu nie udało nam się odnaleźć. Zjedliśmy więc prowizoryczne śniadanie i kupiliśmy bilety (11 000 lei od osoby). Pociąg pokonał ten krótki, może piętnastokilometrowy, odcinek w niecałą godzinę. Za oknami przez cały ten czas dominował przytłaczający, post-industrialny widok starych, zrujnowanych fabryk. Spacer z dworca do zamku zajął pół godziny. Zamek w Hunedoarze wyglądał naprawdę imponująco - dokładnie jak na zdjęciu przewodnika. Kupiliśmy bilety (10 000 lei od osoby, jak zwykle nie zapłaciliśmy taksy foto:) i weszliśmy do środka. Dziedziniec zamku okazał się mniejszy niż się spodziewaliśmy, ale cały zamek jest w dobrym stanie i dla zwiedzających udostępnionych jest wiele sal. Spotkaliśmy także Polaków, którzy już od tygodnia chodzili po górach i będąc w drodze do kolejnego pasma, zrobili sobie przerwę specjalnie na ten zamek. Na obiad poszliśmy do czegoś, co przypominało bar mleczny jaki znamy ze starych polskich komedii. Ale przynajmniej było naprawdę tanio! Niestety podróż do Sybina zajęła nam resztę dnia, bo chcieliśmy przebyć ją jak najtaniej. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Vinţe de Jos (50 km), a następnie (oszczędzając 3 godziny w porównaniu z czekaniem i jazdą pociągiem) kolejne 50 km przejechaliśmy okazją (za jedyne 30 000 od osoby). W samochodzie poznaliśmy studenta medycyny z Klużu. W Sybinie wynikł mały problem z noclegiem, a właściwie z jego ceną. Ostatecznie przenocowaliśmy w pensjonacie (gdzie, oczywiście, spotkaliśmy kolejnych Polaków!) w pokoju dwuosobowym z łazienką za 600 000 lei. Ale nie miało to już tak dużego znaczenia, bo po całonocnej podróży pociągiem oraz dość męczącym dniu wprost marzyliśmy o gorącym prysznicu i łóżku... Wyspani, niestety z plecakami, przystąpiliśmy do zdobywania Sybina. Centrum miasta, położone na wzgórzu, niezwykle zakręcone, z bardzo ciekawą architekturą budynków i ulic bardzo nam się podobało. Po południu udaliśmy się już do Braszowa, dokąd podróż pociągiem osobowym zajęła aż 3 godziny, ale przez większość czasu mogliśmy podziwiać pasmo Gór Fagaraskich, najwyższych w Rumunii ze szczytami o wysokości ponad 2500 m. n.p.m. W Braszowie zatrzymaliśmy się w najtańszym hotelu polecanym przez informację hotelową na dworcu, czyli TRAIAN, str. Lunii 7 (trochę ponad pół godziny marszu od dworca). Pokój przypominał ten z hotelu Socim w Suczawie, ale, niestety, był droższy (200 000 od osoby). Za to ciepła woda była cały czas! Dzień 8. (czwartek, 4.09.2003) Rano, o 10. wyjechaliśmy z Braszowa autobusem do Branu. Bilet był b. tani (18 000 lei od osoby), co nas pozytywnie zaskoczyło. Do zamku dotarliśmy po niespełna 50 minutach jazdy. Po drodze widzieliśmy także kolejny nasz cel - zamek Rasnov. Zamek Bran przypominał nam trochę Niedzicę, ale był większy i jeszcze bardziej romantyczny i malowniczy. Byliśmy zachwyceni i nawet kupiliśmy sobie pamiątkę w postaci kubka z zamkiem (z zamkiem, nie z Drakulą). Kolejnym autobusem udaliśmy się do zamku Rasnov. Po pół godzinnym spacerze i opłaceniu wejścia (45 000 lei od osoby) mogliśmy podziwiać najładniejszą z wszystkich widzianych przez nas twierdz. Za wielkimi murami kryje się małe malownicze miasteczko z m.in. kościołem, szkołą i tawerną. Po południu zwiedziliśmy sam Braszów, a także poszliśmy na koncert organowy w katedrze. Po koncercie przespacerowaliśmy się wzdłuż murów obronnych, co bardzo polecamy. Z Białej i Czarnej Baszty, dzięki starannie obciętym czubkom drzew (sic!), można podziwiać widok starego miasta. Porannym pociągiem osobowym wyruszyliśmy do Sighisoary (bilet kosztował 64 000 lei od osoby). Było zimno, a za oknem przesuwał się deszczowy krajobraz Transylwanii i czerwonych dachów saskich wiosek. Zabytkowe centrum Sighisoary położone jest na dość wysokim wzgórzu, dzięki czemu kręte, wąskie uliczki są bardzo malownicze. Z Wieży Zegarowej roztacza się rozległy widok na całe miasto i okolicę. Tuż obok wieży znajduje się dom, w którym podobno urodził się niejaki Drakula, czyli Wlad Palownik. Na obiad zjedliśmy mamałygę, czyli rumuńską potrawę narodową. W sumie była dobra, ale zdecydowanie mieliśmy już dość smaku brynzy, który w kuchni rumuńskiej jest wszechobecny. Pociągiem osobowym (bilet 2 razy tańszy niż w przypadku pociągu przyśpieszonego) dotarliśmy późnym wieczorem (około 22.) do Klużu, gdzie czekał już na nas nasz kolega Jarek. To właśnie dzięki niemu zdecydowaliśmy się na wyjazd do Rumuni! Jarek przez sierpień i wrzesień był w Klużu na praktyce. Zapraszamy serdecznie na jego stronę, gdzie można przeczytać o tym więcej i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Rumunii: http://jarek.skorpion.wroc.pl/rumunia/ Jarek nie dał nam pójść od razu spać i poszliśmy do fajnej knajpki (Bulgakov, czyli Bułhakow:) spotkać się z jego znajomymi. Oprócz studentów z Rumunii poznaliśmy Xin - Chinkę mieszkającą w Niemczech, która była na tym spotkaniu całkiem przypadkowo. Ona także zwiedziła monastyry na Bukowinie, więc mogliśmy wymienić nasze spostrzeżenia. Większość dnia spędziliśmy za miastem, bo pojechaliśmy z Jarkiem zobaczyć kanion w Turdzie. Mimo, że niezbyt oddalony od Klużu, okazał się miejscem bardzo niedostępnym. Do Turdy dojechaliśmy okazją, a dalej autobusem, który ledwo zipał - byliśmy świadkami skomplikowanej operacji uruchamiania silnika od akumulatora innego autobusu :) Pan sprzedający bilety do kanionu (oczywiście obowiązywała także Taksa Foto!) był polskiego pochodzenia (jego dziadkowie nabyli w Rumunii szyby naftowe) i nawet nie musieliśmy płacić za wstęp. Przejście kanionu wzdłuż koryta rzeki w jedną stronę zajmuje około godziny. Po drodze można wejść do jaskini, więc polecamy wziąć latarkę! Po powrocie spotkaliśmy się na mieście z koleżankami z Aiesecu Jarka: Ramoną, Kristą i Gabicą. Mieliśmy okazję przekonać się, że Kluż pod względem ilości knajp nie odbiega od polskich studenckich miast. Dzień 11. (niedziela, 7.09.2003) W końcu się wyspaliśmy (my, bo Jarek wstał wcześnie kończyć gotować bigos)! Po śniadaniu, czyli po południu wyszliśmy pozwiedzać Kluż. Kluż okazał się miastem najmniej dla nas atrakcyjnym, ale za to największym i najnowocześniejszym. Podobała nam się bardzo katedra prawosławna na placu Avrama Iancu. Po spacerze spotkaliśmy się z Ramoną i Kristą w ich domu. Głównym punktem programu był bigos Jarka, który okazał się godny nazwy i bardzo dobry. Dziewczyny przygotowały za to zupę gulaszową. Bardzo nam się po tym jedzeniu dobrze rozmawiało i skończyło się na tym, że umówiliśmy się na następny dzień na oglądanie dokumentu Bowling for Columbineś (znanego u nas jako Zabawy z bronią). Wieczór spędziliśmy w klubie Salsa, gdzie Jarek chodził na kurs tańca. Po lekcji my także spróbowaliśmy ś ze średnim rezultatem :) Dzień 12. (poniedziałek, 8.09.2003) W poniedziałek zostaliśmy sami, bo Jarek poszedł do pracy. Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na miasto. Musieliśmy przede wszystkim kupić bilety na autobus na wtorek. Po drodze odkryliśmy pyszne placuszki (placinte), które smakowały nam nawet bardziej niż Gogosze. Okazało się, że firma organizująca przejazdy do Esztergomu mieści się w prywatnym domu, a autobus jest po prostu busem. Trochę się wahaliśmy, ale w końcu powierzyliśmy starszej pani 1.200.000 lei, za co w zamian otrzymaliśmy dwa bilety imienne. Po powrocie do domu ugotowaliśmy sobie nasz wymarzony już od dłuższego czasu obiad: ziemniaki + jaja sadzone + sałatka z pomidorów i śmietany. Mniam! Wieczorem poszliśmy znów do dziewczyn (Kristy i Ramony) na umówiony seans. Oczywiście przed i po filmie trochę jeszcze rozmawialiśmy, przez co nasza wizyta przedłużyła się ponad zaplanowany czas. A my przecież musieliśmy się jeszcze spakować i wstać o 4:45 rano! Dzień 13. i 14. (9-10. 09.2003) I nadszedł czas powrotu... Z trudem wstaliśmy, pożegnaliśmy się z Jarkiem i poszliśmy czekać na bus, który miał przyjechać po nas o 5:50. Kiedy do niego wsiedliśmy był prawie pusty i myśleliśmy, że tak już zostanie, ale rozpoczęło się trwające ponad godzinę jeżdżenie po różnych zakątkach Klużu i zabieranie nowych pasażerów. Próbowaliśmy zasnąć, jednak nasz kierowca lubił głośno słuchać radia, a przy każdych wiadomościach zgłaśniał je i już nie ściszał. Na Węgrzech stało się najgorsze zepsuł się samochód. Musieliśmy zaczekać na nowy pojazd. Mimo, że na przekroczenie granicy i dojście na pociąg mieliśmy według planu 6 godzin, zaczęliśmy wątpić czy zdążymy (o tej godzinie powinniśmy byli być już na miejscu). W Budapeszcie wysiedli prawie wszyscy i w busie zostaliśmy tylko my, kierowca, jego znajoma i jej córka. Znajoma mówiła po niemiecku, a córka po angielsku, więc poznaliśmy się i trochę porozmawialiśmy. Powiedzieliśmy jakie mamy plany i zostaliśmy podwiezieni do samej granicy. Dalszą część podróży przez Słowację
oraz Polskę spędziliśmy wygodnie w pociągu. O godzinie 7. rano
zmęczeni, ale za to zadowoleni z powrotu i całej wyprawy, wysiedliśmy
na dworcu głównym w Krakowie.
|
|
|
(c)2003-2006 by Alicja i Ireneusz Kułaga, www.dieslunae.net |
|